Przez pięć dni czołgałem się po zwłokach, stąpałem po śmierci, wdychałem ludzki kurz

15 lis 2019

Autorem tekstu jest Coldseed.

Bartek przyjechał tu robić zdjęcia, ja – z założeniem napisania reportażu, Kawiak Jones zaś chciał nakręcić film, który potem miał podbijać serca subskrybentów jego kanału na YouTube. Wylądowaliśmy na lotnisku w Paryżu, taszcząc ze sobą plecaki pełne zapasów potrzebnych do spędzenia pięciu dni w absolutnej izolacji.

Mieliśmy też instrukcje. Wsiąść w autobus, zlokalizować duży wiadukt, przeskoczyć przez mur, wejść do tunelu, a spotkane w nim osoby pozdrowić odpowiednim hasłem. Na koniec dotrzeć do oznaczonego stertą śmieci punktu. „Tam będę na was czekał”, pisał w SMS-ie pochodzący z Wielkiej Brytanii Harry – stary katafil, człowiek znający zakazane paryskie czeluście niczym własną kieszeń. To on miał być naszym przewodnikiem po okrytych legendami labiryntach podziemnych korytarzy, które niczym pajęcza sieć setkami kilometrów ciągną się pod miastem.

Póki co mieliśmy sporo szczęścia – nie zabłądziliśmy. Udało nam się bez większych problemów sforsować murek, zejść zarośniętymi schodkami na żwirowisko kolejowe, a następnie dostać do ciemnego, nieużywanego tunelu. Teraz czekał nas długi spacer. A potem? 107 godzin błądzenia 30 metrów pod ziemią. Kawiak – szaleniec, który od wielu już lat marzył o tej ekspedycji – skompletował dla nas część sprzętu. Resztę kupiliśmy przed wyjazdem – prowiant, ochraniacze na kolana, zestaw zapasowych baterii, latarki i przede wszystkim dużo wody. Plecaki niemiłosiernie ciążyły nam już wtedy, gdy coraz dalej brnęliśmy w głąb tunelu.

Tak naprawdę nasza przygoda z katakumbami zaczęła się już... ponad 40 milionów lat temu, kiedy to Morze Północne stopniowo wdzierało się w ląd, przejmując coraz to większe połacie dzisiejszej Belgii i Francji. Tysiąclecia mijały, a na dnie akwenu pomału osadzały się pozostałości po jego mieszkańcach. Wśród nich były numulity – wielkie otwornice o wapiennych skorupach, potężne małże, a także rekiny i morskie żółwie. Z czasem paryska zatoka zaczęła zapełniać się bogatym w wapień błotem. W tych szalenie zasobnych w różnorodne organizmy wodach zadomowiły się też imponujących rozmiarów ślimaki z gatunku Campanile giganteum. Ich liczące sobie do nawet i 70 cm skorupy dołączyły do powoli rosnących, wapiennych złóż zalegających na spodzie basenu. Miliony lat później te organiczne masy połączone z pokładami błota ulegały procesom cementacji, ostatecznie przeobrażając się w skały.

Mijały kolejne tysiąclecia, woda powoli cofała się, pozostawiając po sobie wysokie, wapienne bloki. Te, pokryte grubą warstwą ziemi, czekały na swój ważny moment w historii. A miał on nastąpić wiele, wiele lat później. Kiedy naszą planetą zaczęły władać łyse, aczkolwiek szybko ewoluujące humanoidy. Pierwsze odkrywkowe kopalnie powstały na terenie Lutecji jeszcze w okresie Cesarstwa Rzymskiego. Wapień stał się bardzo cennym, łatwo dostępnym materiałem budowlanym, z którego wyrabiano cegły do produkcji domów. Zasiedlający te ziemie od VI wieku naszej ery Merowingowie równie chętnie korzystali zarówno z dobrze zachowanych elementów dawnych konstrukcji, jak i z naturalnych złóż, których było pod dostatkiem.

W okolicach XI-XII wieku Paryż zaczął się szybko rozrastać. Powstawały nowe dzielnice, strzeliste katedry (w tym katedra z Notre Dame), a także Luwr - forteca króla Filipa II, oraz liczący sobie 6 kilometrów długości mur otaczający miasto. To właśnie w tym okresie przestano wydobywać wapień z zewnątrz i postanowiono drążyć w skałach tunele. Górnicy tworzyli pod ziemią długie korytarze prowadzące do kolejnych wyrobisk, z których transportowano surowiec na powierzchnię. Do XIV wieku technologia pozwoliła jeszcze bardziej przyspieszyć procesy wydobywcze – pod nadzorem pomysłowych inżynierów konstruowano napędzane siłą ludzkich mięśni maszyny, za pomocą których wapienne bloki wyciągano z głębokich nawet i na 30 metrów szybów. Średniowieczni górnicy, aby zapobiec zawalaniu się korytarzy, wznosili wytrzymałe, stabilne filary, a z czasem postawili na metodę zwaną „hagues et bourrages” - wykorzystując kamienne odpadki, wzmacniali ściany tuneli potężnymi murami.

Zapotrzebowanie na tak zwany „paryski kamień” było olbrzymie i już w XIII wieku całe tony tego surowca eksportowano do innych miast położonych nad Sekwaną. Kiedy wyrobiska były już dostatecznie wyeksploatowane, przejścia zamurowywano i rozpoczynano wydobycie wapienia w innych, dziewiczych jeszcze rejonach miasta. Rzadko kiedy zaprzątano sobie głowę odpowiednim zabezpieczeniem korytarzy, które miały pozostać zamknięte na setki lat. O potrzebie takich przedsięwzięć zdano sobie sprawę dopiero w XVIII wieku, kiedy to Paryż zaczął się zawalać…

Mimo przeprowadzonych prac zabezpieczających korytarze przed waleniem się, jeszcze na początku XX wieku dochodziło do małych katastrof. Tu widzimy fragment paryskiej drogi, który w 1929 roku zniknął pod ziemią.

To tutaj - Harry skierował słup światła ze swojej latarki na małą norę w ściekowej rynnie długiego, nieużywanego tunelu, którym jeszcze parę lat temu jeździły pociągi. - Załóżcie wodery. Może być trochę mokro. Przeciśnięcie się przez tę wąską szczelinę było pierwszym z wyzwań, które miały nas czekać w ciągu najbliższych pięciu dni. Sprawę komplikowały ciężkie plecaki, które musieliśmy przepychać nogami. Kiedy utytłani błotem znaleźliśmy się na dole, zapanowała całkowita ciemność. Odpaliliśmy czołówki, w których blasku ujrzeliśmy rozchodzące się w wielu kierunkach korytarze. Dopóki Harry był z nami, nie potrzebowaliśmy mapy. Niczym przerażone pisklęta ruszyliśmy gęsiego za nim, wierząc, że człowiek, którego znamy dopiero od kilku minut faktycznie zna drogę i można mu ufać.

Zanim dostaliśmy się do zalanej części korytarza, zdążyłem nabić sobie kilka guzów, zedrzeć skórę z łokcia i uświnić bluzę wapiennym, wilgotnym glutem, pokrywającym ściany dawnej kopalni. Wtedy jeszcze przejmowałem się takimi drobiazgami. Podobnie jak potrzebą zachowania suchego obuwia. Sięgające do połowy uda gumowce faktycznie się przydały – długi na dobrych 50 metrów tunel miał nie więcej niż 120 centymetrów wysokości i w dużej części zalany był wodą. O ile moi niżsi towarzysze przedostali się na drugą stronę bez większych komplikacji, to już ja – prawie dwumetrowy dryblas – miałem z tą przeprawą spore problemy. Złożony w pół, z ugiętymi nogami i przekrzywioną głową, ostrożnie sunąłem w głąb uważając, aby coraz wyżej sięgająca woda nie wlała mi się do obuwia. Prawdziwy koszmar czekał mnie jednak w połowie drogi, kiedy to górny uchwyt od plecaka zaczepił się o wystający z sufitu kamień. Nie byłem w stanie ani zrobić kroku w żadną stronę, ani wyprostować się, ani uwolnić się z potrzasku - w rękach trzymałem bowiem drugi plecak. A sił wkrótce zaczęło mi brakować. Poczułem zimny pot na czole, a serce zaczęło mi tłuc niczym oszalałe. Reszta ekipy usłyszała stos wyjątkowo obelżywych wyrazów wylewających się z moich ust z prędkością podobną do tempa wody wlewającej się do moich woderów... Jakże się ucieszyłem, gdy pod potężnym naporem całego ciała w końcu wyrwałem się z tego piekła. Stojąc już po suchej stronie, intensywnie parując i usiłując złapać oddech zrozumiałem, że moment na odwrót i zmianę planów minął gdzieś w połowie zalanego korytarza. Teraz mogłem już tylko brnąć przed siebie.

W oczach katafili, ludzi, którzy niczym krety od lat już eksplorują plątaniny wąskich pasaży, mój moment słabości musiał wyglądać niczym panika małego dziecka, któremu rękawiczka wpadła do kałuży. Znacznie większy problem miał za to Kawiak, który – jak się okazało – zgubił gdzieś po drodze telefon i mimo szybkiej akcji poszukiwawczej urządzenia nie udało się odnaleźć. „Nie ma wyjścia, idziemy dalej” - zapadła decyzja.

Po drodze szybko zauważyliśmy, że sporo walało się tam… elektrycznych, zazwyczaj mocno wybrakowanych, miejskich hulajnóg, co było dość intrygujące, bo przecież tamtejsze podmokłe, wyboiste podłoże absolutnie nie nadaje się do przejażdżek! Na rozwiązanie tej zagadki musieliśmy jednak poczekać aż do wieczora.

O ile zagadkę hulajnóg udało się wyjaśnić, to już tajemnicą pozostaje obecność tego oto rowerka...

Po dobrych dwóch godzinach marszu, przeciskania się przez szczeliny i czołgania się po błocie, dotarliśmy do części labiryntu, która przez setki lat była zamknięta, a udrożniono ją dopiero w XVIII wieku, kiedy to paryskie budynki zaczęły się zapadać. Król Ludwik XVI nakazał wówczas stworzyć dokładny plan podziemi, wzmocnić tunele oraz zobligować właścicieli nieruchomości stojących nad poszczególnymi fragmentami korytarzy do finansowania prac konserwacyjnych. Realizacji tego przedsięwzięcia podjął się paryski architekt Charles-Axel Guillaumot. Biorąc pod uwagę fakt, że labirynt rozciągający się pod miastem liczy sobie nawet i do 300 kilometrów łącznej długości – projekt ten był prawdziwym wyzwaniem!

Pod nadzorem Guillaumota główne szyby umacniano rzędami długich filarów, a puste sale po dawnych wyrobiskach odhaczano na mapach i wypełniano po sufit głazami. Każda z postawionych wówczas ścian oznaczona została odpowiednim numerem, datą oraz znakiem alfabetycznym odnoszącym się do pierwszej litery nazwiska osoby kierującej pracami w danym rejonie.


W tym na przykład wypadku wiemy już, że jest to dwunasta ściana, jaką pod kierownictwem Charlesa Louisa de Hennezela postawiono w 1865 roku.

W tamtym czasie podziemne galerie chętnie odwiedzane były przez paryżan, którym w orientacji bardzo pomagały tabliczki z nazwami przebiegających na górze ulic.
Ściany tuneli stały się obiektem zainteresowania artystów, którzy wykorzystywali je do tworzenia swoich dzieł sztuki. Jednym z pierwszych takich twórców był niejaki Francois Decure, który to podobnie jak współcześni katafile posługiwał się pseudonimem (mówiono na niego Beausejour). Człowiek ten wykonywał na fasadach podziemnych murów przepiękne, pełne misternych detali płaskorzeźby. Robił to przez lata i bardzo pragnął, aby owoc jego wysiłków mogli podziwiać obywatele miasta. W tym celu usiłował stworzyć łatwe wejście do swej podziemnej galerii. Najwyraźniej nie zachował dostatecznej ostrożności – podczas tego przedsięwzięcia doszło do zawalenia się tunelu i biedak zginął na miejscu. Niedługo po tej tragedii Guillaumot uhonorował Beausejoura pamiątkową tabliczką na jego cześć.

Po śmierci Guillaumota w 1807 roku, dalsze roboty nadzorował Nicolas Frochot – człowiek, który miał już na swoim koncie wiele doskonałych projektów zagospodarowania terenów miejskich. To on wpadł na pomysł poprawienia wentylacji w kopalni, a także zaprojektował wystawioną na widok publiczny część ossuarium, w której dzisiejszy zwiedzający mogą podziwiać monumentalne kolumny i ściany ozdobione ludzkimi czaszkami. To także Frochot sprowadzał pod ziemię botaników, udzielając im wszelkiej pomocy w ich pracach badawczych dotyczących fauny i flory, która zadomowiła się w niezbyt gościnnych korytarzach podparyskich labiryntów.

Zgodnie z prawem, które zaczęło obowiązywać od 1810 roku, każdy Francuz posiadający swój kawałek terenu był też właścicielem całego bloku ziemi sięgającego aż do jądra naszej planety! Paradoksalnie jednak nie miał on praw do minerałów, które wydobywane były poniżej. W ten sposób zmuszono majętnych, ziemskich posesorów do wykładania funduszy na prace remontowe odbywające się pod ich budynkami, a jednocześnie zagwarantowano sobie ochronę przed ewentualnymi roszczeniami dotyczącymi cennych surowców znajdujących się w kopalni.

Podobnie jak dawni paryżanie odwiedzający czeluście podziemi swego miasta, tak i współcześni katafile świetnie orientują się w swoim położeniu bez konieczności używania mapy – korzystają ze starych oznaczeń z nazwami ulic. Dopóki posiadają źródło światła i wiedzą, w których miejscach znajdują się wyjścia na powierzchnię, nie grozi im zagubienie się w tej plątaninie korytarzy.

Typowy pokój zbudowany przez katafili

Trzeba przyznać, że ogrom pracy, który w ciągu ostatnich dekad wykonali ci żądni przygód eksploratorzy, budzi podziw wcale nie mniejszy niż robota, jaką setki lat temu wykonali lokalni paryscy architekci. Katafile, zdobywszy stare mapy, zlokalizowali dużą część zasypanych wyrobisk i pomału oczyścili je z kamieni. Mało tego – zadali sobie też trud, aby znieść na dół worki z cementem i taczki, tylko po to, aby w odrestaurowanych „pokojach” budować kamienne stoły, siedzenia, a nawet bary z blatami, półki na świece i wystające ze ścian odlewy twarzy, dłoni czy nawet misterne ornamenty! Wśród tych ostatnich naczelnym motywem przewodnim są, do dziś używane przez katafili, lampy karbidowe.

W barwnych graffiti i ozdobnych płaskorzeźbach łatwo też dopatrzeć się wielu elementów kojarzonych ze śmiercią i przemijaniem. Ma to sens – w końcu nieprzypadkowo paryskie podziemia znane są dziś jako katakumby, a nie kopalnia!

Tak wyglądał zbiór podziemnych... pieczarek.

Zanim jednak miejsce to stało się wielkim grobem dla milionów zwłok, ciemne i wilgotne opuszczone wyrobiska nad Rue de la Sante zbadał pewien agronom i w 1819 roku zaczął tam na masową skalę uprawiać pieczarki! Parę lat wcześniej w tym samym miejscu warzono też piwo.

Alkoholowy epizod paryskich labiryntów przypomnieliśmy sobie, kiedy podczas wielogodzinnego spaceru natrafiliśmy na grób niejakiego Philiberta Aspairta. „To był pierwszy, prawdziwy katafil!” - powiedział nam spotkany przez nas francuski łazik. - „To też pierwsza i ostatnia, jak dotąd osoba, która weszła tu i zgubiła się na amen!” - dodał, podpalając skręta.

Aspairt był klucznikiem pracującym w szpitalu Val-de-Grâce, skąd można było dostać się do podziemi. Według legend, mężczyzna ten usłyszał plotkę o tym, że w jednej z odnóg labiryntu znajduje się potężny skład likieru Chartreuse produkowanego przez kartuzjańskich zakonników. W 1793 roku Philibert zszedł do podziemi z nadzieją wyniesienia stamtąd kilku butelczyn tego przedniego alkoholu. Mimo że odważny klucznik długo nie wracał, nikt nie pomyślał o przeprowadzeniu akcji ratunkowej. Dopiero ponad dekadę później na jego zjedzone przez szczury szczątki natrafili członkowie jednej z ekip zabezpieczających dawne szyby kopalni przed zawaleniem. O, ironio – kości Aspairta leżały bardzo blisko wyjścia na powierzchnię. Biedak pochowany został tam, gdzie go znaleziono, a na jego cześć postawiono piękny nagrobek.

W czasie kiedy nieszczęsny klucznik spoczął w wapiennej ziemi dawnej kopalni, miejsce to od niedawna pełniło już całkiem nową rolę. W połowie XVIII wieku przepełnione, paryskie cmentarze stały się dość kłopotliwym tematem, a lokalni lekarze wysnuli teorię, że tak wielkie nagromadzenie rozkładających zwłok w jednym miejscu może doprowadzić do skażenia wody pitnej, a także do tworzenia się tzw. morowego powietrza, które to według ówczesnych hipotez miało stać za rozprzestrzenianiem się dżumy.

Największym problemem był istniejący od XII wieki Cmentarz Niewiniątek – najpotężniejsza nekropolia w Paryżu. Sami mieszkańcy miasta uważali, że gnijące trupy zakopane na tym zatłoczonym cmentarzysku sprawiają, że mleko się psuje, a wino ma gorzki posmak… O zamknięciu tego miejsca wiecznego spoczynku dwóch milionów Francuzów zadecydował pewien incydent, który to miał miejsce w 1780 roku, kiedy to jedna ze ścian piwnicy domu przylegającego do murów nekropolii zawaliła się, a do środka dosłownie – wlało się morze kości! Pięć lat później Cmentarz Niewiniątek postanowiono zamienić w publiczny skwer. Paryski lekarz Michel Thouret, któremu przydzielono zadanie sanitarnego zabezpieczenia prac ekshumacyjnych, doszedł do wniosku, że ilość nieboszczyków zakopanych na tym liczącym sobie 3600 metrów kwadratowych terenie była tak duża, że ziemia podniosła się tam o ponad dwa metry!

Tak wyglądał proces transportu nieboszczyków do dawnej kopalni.

Tysiące zwłok wykopano z grobów i bezceremonialnie wrzucono do wyznaczonych miejsc dawnej kopalni. Sukces tego przedsięwzięcia nakłonił władze miasta do oczyszczania z nieboszczyków kolejnych nekropolii – Saint Eustache oraz Saint Etienne-des-Gres. Dodatkowo do podziemi znoszono też całkiem świeże ciała osób, które zginęły podczas zamieszek w okresie Rewolucji Francuskiej. Ekshumowano i przenoszono do katakumb także i kości ludzi, którzy dotąd spoczywali na przykościelnych i przyklasztornych cmentarzykach. Do lat 60. XX wieku do niegdysiejszej kopalni trafiło ponad 5 milionów trupów!

To tutaj!” - zawołał Harry, wskazując palcem na smętny, utytłany błotem piszczel oparty o jedną ze ścian. Parę minut później czołgaliśmy się już po niskim korytarzu wypełnionym ludzkimi kośćmi. Było ich coraz więcej i miejscami wręcz utrudniały one brnięcie dalej. To bardzo niepokojące uczucie – z jednej strony ekscytacja, a z drugiej jakaś głęboko zakorzeniona świadomość, że z każdym moim ruchem coraz bardziej bezcześciłem czyjeś zwłoki i z całą pewnością – kiedyś odpowiem za ten karygodny występek.

To, co szczególnie rzuciło się w oczy, to stosunkowo mała ilość kompletnych czaszek walających się w tym morzu ludzkich kości. Okazuje się, że wiele z nich trafiło do wspomnianego już ossuarium Nicolasa Frochota. Swego czasu też czaszki z katakumb wynosili… studenci medycyny, którzy zamiast inwestować pieniądze w oficjalne pomoce naukowe, woleli zaopatrzyć się w ich darmowe, prawdziwe odpowiedniki!

Wkrótce dotarliśmy do przepastnej sali, w której katafile ułożyli interesującą kostną konstrukcję, na pierwszy rzut oka przypominającą jengę. Kawałek dalej natrafiliśmy na przysadzisty tron w całości wykonany z ludzkich gnatów. Jednak to nie ten makabryczny mebel zrobił na mnie największe wrażenie. Zachęcony przez Harry’ego, wcisnąłem się w wąską szczelinę i popełzłem po kościach dobrych 20 metrów w głąb ciasnego szybu. Zadanie to nie było łatwe – ludzkie szczątki są równie wilgotne co ściany katakumb, więc pod naciskiem ciała co chwilę osuwały się, w efekcie czego lądowałem twarzą we fragmentach czerepów, obojczyków lub miednic. Nie tylko sprawiało mi to fizyczny ból, ale i coraz bardziej utwierdzało w przekonaniu, że mój stosunek do zmarłych pozbawiony jest należnego im szacunku.

Dotarłszy do końca, napotykałem na ścianę. „Teraz odwróć się na plecy i spójrz w górę!” - dobiegł z dala nieco zagłuszony krzyk mojego brytyjskiego towarzysza. Chwilę mi to zajęło, bo fragment czyjegoś żebra mocno wpijał mi się w moją własną łopatkę. W końcu udało się. Zaległem na plecach i… na moment zaparło mi dech w piersiach. Dosłownie dwa metry nad moją głową zobaczyłem gęstą plątaninę ludzkich żuchw, piszczeli, kręgosłupów i gnatów – wszystko to zbite w jedną masę scaloną ze sobą zastygłym błotem.

Ten wielki słup człowieczych szczątków musiał mieć przynajmniej kilka metrów wysokości, a kości, po których pełzłem przez ostatnich kilka minut pochodziły z tego właśnie, powoli osuwającego się, „zbiornika”! Dotarło do mnie, że gdyby to upiorne sklepienie wówczas runęło, to zginąłbym na miejscu, zmiażdżony przez dziesiątki tysięcy zgromadzonych w tym ciasnym kominie trupów! Drogę powrotną przebyłem w czasie nieporównywalnie krótszym, niż zajęło mi wczołganie się tam.

Kostny "komin"

Będąc już z powrotem w sali, zauważyłem leżące na ziemi solidnie nadpalone ryzy papieru. Po dłuższych oględzinach doszliśmy do wniosku, że to musiały być mapy. I to całkiem dokładne – z nazwami podziemnych ulic, oznaczonymi ossuariami, schodami i co najważniejsze – wyjściami z katakumb. Czemu ktoś zdecydował się zniszczyć tak cenne materiały?

Pierwszą z pięciu nocy spędziliśmy w dużym pomieszczeniu, które jeszcze kilkaset lat temu było górniczym wyrobiskiem, a dziś – dzięki pracy katafiliskiej społeczności – jest całkiem „przytulnym” pokojem. Pośrodku zbudowano kamienny stół i okrągły murek, na którym zasiadła kilkunastoosobowa ekipa stałych bywalców katakumb. Początkowo patrzyli na nas trochę spode łba, jednak gdy zorientowali się, że jesteśmy znajomymi Harry’ego, szybko zrobili nam miejsce i poczęstowali gorącym fondue oraz winem. Po kilku głębszych łykach alkoholu traktowali już nas niczym bliskich przyjaciół. Jeden z biesiadników poprosił mnie o pomoc w rozmontowaniu obudowanego plastikiem akumulatora. Pragnął wyciągnąć z niego ogniwa, które to planował potem wykorzystać w budowie prostego systemu oświetlenia groty. Po chwili dotarło do mnie, że właśnie brałem udział w demontażu jednego z elementów elektrycznej hulajnogi, których co najmniej tuzin widziałem po drodze. Katafile znoszą te jednoślady do podziemi i wydłubują z nich cenne źródło zasilania. W katakumbach nie działa GPS, więc nie muszą martwić się o to, że ktoś je namierzy.

Jesteście w porządku” - silił się na szczerość jeden z nieco już opitych katafili. - „Chociaż chcę, abyście wiedzieli, że zazwyczaj nie lubimy tu turystów i zazwyczaj, gdy jakiegoś tu spotykamy, to palimy mu mapy!. W ten sposób wyjaśniła się kolejna zagadka. Początkowo nie za bardzo rozumiałem, czemu ktoś miałby pozbawiać szukających wrażeń wędrowców ich najcenniejszego, oprócz latarki, przedmiotu, jaki trzeba mieć ze sobą podczas eksploracji katakumb.

Cóż, w tym mrocznym, wilgotnym labiryncie łatwo się zgubić, ale zawsze ktoś się zlituje i wyciągnie pomocną dłoń do takiego pozbawionego możliwości nawigacji nieszczęśnika. Pewne natomiast jest to, że po tak makabrycznej przygodzie turysta więcej nie odważy się zejść do podziemi. Według katafili im mniej osób zapuszcza się do ich królestwa, tym mniej szans na to, że ktoś, przez własną głupotę, straci tam życie. W efekcie takiej tragedii policja zacznie wkładać więcej woli w nękanie tych, którzy katakumby traktują jak swój drugi dom. A trzeba przyznać, że już teraz specjalne oddziały stróżów prawa zajmują się tylko i wyłącznie zatrzymywaniem podziemnych wędrowców oraz osób gmerających przy studzienkach kanalizacyjnych…

Walka policji z katafilami przypomina trochę zabawę w kotka i myszkę. Za każdym razem, gdy namierzone i zamknięte zostaje nielegalne wejście do podziemi, eksploratorzy katakumb odkrywają dwa kolejne. Ten proceder trwa od… XVI wieku, kiedy to władze Paryża zorientowały się, że dziesiątki przemytników wykorzystują labirynty do szmuglowania wszelkiej maści towarów wprost do domów swych klientów, tym samym unikając płacenia podatku, który zazwyczaj uiszczać należało przy bramie miasta. Wówczas w życie weszło prawo nakazujące górnikom zamykanie na noc wszelkich wejść do szybów.

Cześć!” - krzyknął jeden z łazików, który nieco spóźniony dotarł na imprezę. - „Czy któryś z was nie zgubił może telefonu?”. Kawiak wydał z siebie pisk radości. Okazało się, że urządzenie wpadło mu do wody podczas przeprawy przez zalany odcinek katakumb, niedaleko wejścia. Ukryty w wodoodpornej obudowie smartfon wylądował na dnie, a zauważony został tylko dlatego, że któryś z katafili wypatrzył jego migającą diodkę. Zguba została zabrana do domu znalazcy i czekała na właściciela gdzieś pod Paryżem. Jeden z opuszczających podziemia chłopaków obiecał skontaktować się z Kawiakowym wybawcą i zaaranżować spotkanie z nami, kiedy tylko opuścimy ten labirynt.

Po imprezie wbiliśmy w ściany zaczepy i zawiesiliśmy na nich górskie hamaki. Ja rozłożyłem sobie karimatę. Zasnąłem momentalnie. Po dwunastu godzinach snu w tym wilgotnym lochu miałem wrażenie, że jeszcze nigdy tak dobrze nie wypocząłem Nie przeszkadzała mi nawet świadomość, że wokół snem wiecznym spały miliony dawnych mieszkańców Lutecji. Kolejne noce spędzaliśmy w podobnych pomieszczeniach, zazwyczaj wybierając pokoje możliwie jak najbardziej suche i przytulne.

Rano okazało się, że Bartek doznał paskudnej kontuzji kręgosłupa i resztę pobytu w Paryżu zmuszony był spędzić na powierzchni, tułając się po lokalnych pijalniach wina, żując ser pleśniowy i odwiedzając muzea. Odprowadziliśmy go do najbliższej studzienki, skąd możliwe było „wyjście na miasto”. Sami przy okazji wypełźliśmy na moment, aby zaczerpnąć świeżego powietrza. Ta przyjemność dana nam była później jeszcze tylko jeden raz, kiedy to musieliśmy wydostać się na górę, aby w odległej części Paryża ponownie zejść do podziemi i spenetrować inny system dawnej kopalni.

W tej chwili zostaliśmy tylko ja i Kawiak oraz Harry, który nawet na moment nie tracąc humoru, wprowadzał nas w coraz to głębsze rejony kolejnych fragmentów dawnych kopalni.

Tak, ktoś "wygrawerował" na czerepie napis, a następnie wkomponował ten fragment ludzkiej głowy w ścianę...

Szybko zdałem sobie sprawę, że Bartek zapomniał zostawić mi lampę potrzebną do odpowiedniego oświetlania miejsc, które chciałem sfotografować. Ta karygodna wtopa odbiła się niestety na jakości mojej zdjęciowej dokumentacji. Może gdybym miał tyle czasu, co żyjący w XIX wieku francuski fotograf Felix Tournachon, to mógłbym pochwalić się prawdziwymi dziełami fotograficznej sztuki?

Wspomnianego mężczyznę, zwanego przez niektórych Nadarem, kojarzy się dziś jako pierwszą osobę, która wykonała zdjęcia Paryża z pokładu samolotu. Był on również jednym z pionierów fotografii z wykorzystaniem sztucznego światła. Swoje eksperymenty prowadził właśnie w absolutnej ciemności katakumb, gdzie znosił ciężkie akumulatory, za pomocą których zasilał specjalne lampy. Mimo stosunkowo mocnej poświaty, które te generowały, czas ekspozycji każdej z fotografii wynosił nawet i do osiemnastu minut! Żaden model nie wystałby tyle bez najmniejszego nawet poruszenia się, więc Nadar zmuszony był zabierać ze sobą do podziemi także i manekiny, które to ubierał w stroje robotników i ustawiał w odpowiednich pozach.

Na tym zdjęciu nie ma ani jednej żywej osoby...

Podczas długiej przeprawy w głąb kolejnego systemu paryskich korytarzy dotarliśmy do części stosunkowo nowej, w której oprócz barwnych graffiti, w oczy rzucały się przysadziste, betonowe ściany, mocno przyrdzewiałe, stalowe drzwi oraz nieco złuszczone, ale ciągle czytelne napisy wykonane w języku niemieckim. To bunkier, który naziści zbudowali w 1941 roku. Natrafiliśmy też na pozostałości dawnych, prowizorycznych sedesów, z których Niemcy korzystali, oraz mocno już zniszczone tablice rozdzielcze. Co ciekawe – hitlerowcy często przesiadywali w swoim bunkrze dosłownie w sąsiedztwie członków komunistycznego ruchu oporu, którzy ukrywali się w katakumbach. Mimo to nie ma dowodów na to, że obie grupy kiedykolwiek wdały się w podziemną wymianę ognia.

Bunkrowa część podparyskich czeluści to jedna wielka galeria graffiti...

Długie przebywanie w warunkach częściowej deprywacji sensorycznej sprawia, że zmysły wyostrzają się. Każdy szmer dolatujący z oddalonych o setki metrów korytarzy słyszy się bardzo wyraźnie. Co zaskakujące – wrażliwszy też jest i węch. Aby odstraszyć turystów, złośliwi katafile umieszczają w niektórych przejściach bomby dymne. Nawet po wielu godzinach zapach pozostawiony przez ten ładunek jest gryzący i ostry. W jednym z miejsc wyraźnie dała się wyczuć woń przypominającą naftę. „Znajdujemy się nad bocznicą kolejową, gdzie od dawna już pozostawia się pociągi wycofane z użytku. Stoi tam sporo maszyn sprzed ponad stu lat. Jest też sporo zabytków spalinowych, napędzanych silnikiem Diesla. Zbiorniki na ropę z czasem traciły swoją szczelność, paliwo powoli zaczęło wsiąkać w glebę i przenikać coraz głębiej. Wyobraźcie sobie, jak dużo tego surowca musiało tam być, że jesteśmy w stanie go wyczuć nawet tutaj, będąc ponad 20 metrów niżej!” - tak Harry wytłumaczył nam pochodzenie tajemniczego zapachu.

Wieczorem wyciągnęliśmy nasze plecaki z niewielkiej szczeliny, w której schowaliśmy je rano. To całkiem sensowne rozwiązanie – pozbawieni balastu mogliśmy sprawniej przeciskać się przez niskie szyby i ciasne przesmyki. Ponadto wygodniej mi było ganiać z kamerą za galopującym niczym młoda gazela Kawiakiem, który w tych warunkach czuł się niczym ryba w wodzie, zapominając, że mój wzrost i brak doświadczenia w wielodniowym chodzeniu po jaskiniach, grotach i bunkrach, będą objawiały się regularnym rozbijaniem sobie łba o ostre fragmenty kamieni sterczących z sufitu oraz ciągłą zadyszką łapaną podczas pełzania po norach niewiele większych niż średnica mojego uda…

Chwile poświęcane na złapanie oddechu były dobrym momentem, aby przyglądać się wapiennym skałom wypełnionym setkami tysięcy muszelek, malutkich skorupiaków i innych organizmów, które wiele milionów lat temu pływały po wodach zalewających dzisiejszy Paryż. Świadomość tego, że to, co dziś jest ścianami podziemnych korytarzy, niegdyś było niepoliczalną ilością morskich żyjątek, których zwłoki pomału gromadziły się na dnie, aby w końcu, wymieszawszy się z błotem, uformować się w skałę, sprawia, że człowiek czuje się niczym jakiś nędzny, nieistotny pyłek, który niezauważony przewinął się przez liczącą sobie 4,5 miliarda lat historię naszej planety.

Przytaszczyliśmy plecaki do naszej nowej kryjówki. Ta była nieco większa niż miejsca, w których dotąd spaliśmy. Oprócz stołu dla przynajmniej dziesięciu osób, była tu też kamienna konstrukcja służąca za iście klubowy bar, nad którym zawieszono zabytkowy żyrandol. Były też wydłubane w skałach „sarkofagi” – idealne miejsca na wepchnięcie tam karimaty i śpiwora. Całą salę oświetlono małymi świeczkami oraz lampami karbidowymi. Okazało się, że nie tylko przyszło nam spędzić tam noc, ale i wziąć udział w… projekcji filmu. Jeden z katafili, którego wcześniej poznaliśmy, sympatyczny Australijczyk z podkręconym wąsem, był bowiem miłośnikiem kina klasy B i zniósł do katakumb niewielki projektor. Po chwili na przymocowanym do ściany prześcieradle oglądaliśmy „Barbarzyńską nimfomankę w piekle dinozaurów”. Na dłuższą chwilę zapomnieliśmy, że przebywamy głęboko pod ziemią, a nie w klimatyzowanym kinie, na przeglądzie najbardziej kiczowatych produkcji w historii Hollywood.

Rano pożegnaliśmy się z naszymi nowymi przyjaciółmi. Towarzystwo zwinęło swoje hamaki, dopiło resztki wygazowanego piwa z butelek i zebrawszy śmieci do plastikowego worka, oddaliło się, życząc nam miłego dalszego pobytu w ich skromnych progach. Opuścił nas także i Harry, który spieszył się na samolot. Przez chwilę także i ja zastanawiałem się nad wyjściem na powierzchnię. Nie chciałem jednak zostawić Kawiaka samego, tym bardziej że przecież obiecałem mu pomóc z rejestracją jego filmu. Po krótkiej naradzie zdecydowałem się spędzić w podziemiach jeszcze jedną noc, nakłoniony obietnicą, że następnego dnia opuścimy to miejsce najbliższym znanym nam wyjściem.

Kiedy samotnie włócząc się – ufajdani od stóp do głów, z równie upaskudzonymi mapami w dłoniach – dotarliśmy do kolejnego podziemnego skrzyżowania dwóch długich korytarzy, naszym oczom ukazał się widok, który sprawił, że serca na moment przestały nam bić. Gdyby nie warstwa pyłu i błota pokrywająca nasze zmęczone twarze, to pewnie w świetle żarówek można by zobaczyć, że kolor mojej skóry przybrał na chwilę barwę dorodnego albinosa. Zanim wyjechaliśmy do Paryża, przestudiowaliśmy sporo tekstów i filmów o katakumbach. Jednym z tych ostatnich był materiał o człowieku, który zgubił się w tym labiryncie, pozostawiając po sobie kamerę. Ta znaleziona została jakiś czas później, a samo nagranie zarejestrowane za jej pomocą, przypominające scenę z "Blair Witch Project", wywołało sporo kontrowersji wśród katafili.

Teraz staliśmy przed niepokojącym graffiti. Tym samym, które w ostatnich chwilach swojego życia miał uwiecznić na filmie nieszczęsny "turysta". Zdawaliśmy sobie sprawę, że ten popularny klip jest prawdopodobnie pomysłowym "fejkiem" mającym na celu zniechęcić ludzi do samotnego włóczenia się po katakumbach, ale gdzieś tam w środku czułem się jak pięciolatek, który po usłyszeniu strasznej bajki na dobranoc zmoczył łóżko wierząc, że w szafie schował się zły potwór...

Parę godzin później dotarliśmy do kolejnego niesamowitego miejsca. To sporej wielkości pomieszczenie zwane jest La Fontaine des Chartreux. Dwie pary przysadzistych schodów prowadziły do betonowego zbiornika, który przypominał wielką umywalkę, po lewej zaś stronie znajdował się basen ze skalą mówiącą, jaki jest obecny poziom wód gruntowych. Mimo że wiele osób przypisuje zbudowanie tej intrygującej izby kartuskim mnichom, to prawda jest taka, że w 1819 roku, kiedy powstała ta „łaźnia”, zakon był już od dłuższego czasu rozwiązany. Rzeczywistym powodem skonstruowania tych zbiorników była potrzeba zagwarantowania pracującym przy wzmacnianiu ścian katakumb robotnikom dostępu do wody.

Możliwość przemycia sobie twarzy czymś innym niż wilgotną chusteczką do odświeżania niemowlęcych tyłków sprawiła mi niemałą radość i dosłownie zanurzyłem cały łeb w „umywalce”. Cóż za wspaniałe uczucie!

Gdzieś tam głęboko z tyłu głowy kołatały się nam posępne wizje natknięcia się na mniej przyjaznych katafili, którzy mogliby pozbawić nas map. Włócząc się po labiryncie, przez cały dzień nie dane nam było spotkać jednak ani żywego ducha. Dopiero wieczorem, ukryci w kolejnym „pokoju”, szykując się do snu, odwiedzeni zostaliśmy przez kilka grupek podziemnych łazików. Umorusani błotem i wcale się tego faktu nie wstydzący, chyba musieliśmy robić dość dobre, w ich mniemaniu, wrażenie. Po usłyszeniu, że oto mamy zamiar spędzić w katakumbach piątą już z kolei noc, od razu częstowano nas całą gamą przekąsek, ale także i używek. A może po prostu mieliśmy szczęście i trafiliśmy na przyjaznych ludzi? Grunt, że najedzeni – i z delikatnym szumem w głowie – położyliśmy się spać.

Dwanaście godzin później staliśmy już w najwyższym korytarzu łączącym katakumby z kanalizacją. Nad nami znajdował się właz studzienki, za pomocą którego, po pięciu dniach spędzonych w ciemnościach, mieliśmy zamiar opuścić katakumby. Zanim do tego doszło, z plecaków wyciągnęliśmy szczelnie zamknięte plastikowe torby, w których przez cały ten czas trzymaliśmy czyste ubranie na tę właśnie okazję. Umyliśmy się mokrymi chusteczkami, a następnie przyodzialiśmy pachnące świeżością ciuchy. Na powierzchnię wyszliśmy promieniejąc schludnością i elegancją. Rażące światło dnia momentalnie przeszyło nas na wylot, a natłok dźwięków, zapachów i kolorów sprawił, że szybko zaczęło nam się kręcić w głowach. Przysiedliśmy na ławeczce, aby złapać oddech.

Cześć chłopaki! No i jak było?” - dotarł do nas głos kuśtykającego w naszym kierunku Bartka, dzierżącego w dłoni odnaleziony telefon Kawiaka. „A, dajże pan spokój!” - zagrzmieliśmy chóralnie. Sami nie wiedzieliśmy nawet od czego zacząć…

Budzę się w nocy i głęboko żałuję, że wypiłem puszkę piwa przed snem. Siadam. Ręką macam ziemię w poszukiwaniu latarki i butów. Cicho przeklinając pod nosem lokalizuję jakiś przedmiot. To zabawka mojego syna. Dociera do mnie, że jestem już w domu. Oznacza to, że szansa zgubienia się podczas załatwiania potrzeby fizjologicznej jest stosunkowo niewielka. Czuję ulgę z powrotu do mojej codziennej strefy komfortu...

---------------------------------------------------------------------------------------------

Na koniec chciałbym zaprosić Was do zapoznania się z galerią wspomnianego w tekście Australijczyka, który jest też zawodowym fotografem i osobą absolutnie zafascynowaną Paryżem.

Nie zapomnijcie też zapoznać się z nakręconym w bólach filmem z podziemi, który ukazuje się w odcinkach na kanale Kawiaka Jonesa - kliknij tutaj. Dowiecie się tam wielu ciekawostek, o których nie wspomniałem w tym reportażu.

Artykuł opublikowany na portalu Joemonster dnia 15 listopada 2019r. link

Ten artykuł pojawił się też w wersji drukowanej na łamach magazynu podróżniczego Poznaj Świat w numerze 1/2020.


 

Tagi

| projekt: reel-creative.com | realizacja: Bartłomiej Nowak |