Misja Negew dzień 1. - musimy zaprzyjaźnić się z najbardziej jadowitymi skorpionami na Ziemi

20 paź 2018

Autorem tekstu jest Iskier

Czasem głupia latarka z marketu potrafi uratować człowiekowi tyłek, a kamień, jak się okazuje, jest Bogiem pustyni.

Noc z piątku na sobotę, godzina 1:11 - stacja PKP Zielona Góra. Wysiadam z pociągu z plecakiem, walizką i torbą - nie mam pojęcia w którą stronę iść, więc idę za większością wysiadających. Minutę później spotykam naszego bojownika Kawiaka. Wsiadamy w jego Golfa i podjeżdżamy na stację benzynową. Brzydka baba stojąca przed zamkniętymi drzwiami krzyczy do mnie w nieszczególnie wyszukanym języku, prosząc mnie, abym udał się gdzieś indziej - tak najprościej i najgrzeczniej ujmując.

- Kur... nie spodziewałem się tu tej dziczy, ale podejrzewam, że już wieczorem zacznę tęsknić.


Nie zatęskniłem, jednak rzeczywiście, brzydka baba sprzed stacji benzynowej była tego wieczoru najmniej istotną częścią mojego życia. Po paru godzinach jazdy, paru godzinach lotu i kolejnych paru godzinach jazdy dojechaliśmy na pustynię Negew do miejscowości Be'er Milka. Tak, pięknie brzmiąca Be'er Milka, zamieszkała przez - jak podpowiedziała nam ciocia Wiki - 48 osób.


Tak wyglądał nasz samochód jeszcze przed wyruszeniem na pustynię. 5 osób, pełny bagażnik, pełny bak, dodatkowy kanister z benzyną, ponad 200 kg wody pitnej i użytkowej, a do tego masa sprzętu i zapasów potrzebnych po prostu do przeżycia, ale też do penetracji podziemi i jaskiń, bo nie pojechaliśmy tam tylko na pustynny offroad, mieliśmy też podziemną misję do wykonania.

Tego wieczoru nie szukaliśmy zajazdu - dojechaliśmy na miejsce ciemną nocą i rozbiliśmy namioty w pierwszym lepszym miejscu "biwakowym" na pustyni. Był z nami Harry z UK, oraz Moran i Tehila z Herclijji niedaleko Tel Awiwu.

Właśnie tutaj miała zacząć się nasza tygodniowa podróż poprzez bezdroża pustyni.

 

- Świetnie, że jesteśmy tu po nocy. Rano jak się obudzicie, to dopiero zobaczycie, gdzie tak naprawdę jesteście. Dopiero wtedy zrozumiecie.


Brzmi to niby straszno ale i śmiszno, więc w rozstawionym obozie humory dopisywały. Mieliśmy też trochę schłodzonego piwa, które dodawało nam kurażu tej pierwszej, zapoznawczej nocy.

- Słyszycie to?


Noc była całkowicie ciemna, a przez dwie lampy, które podwiesiliśmy pod jednymi z nielicznych w okolicy drzew, nie było widać nic więcej niż teren naszego obozu. Tym bardziej odgłosy bombardowań wydawały się być niepokojące.

- To Strefa Gazy?


Tak. To była strefa gazy i dzielący nas od niej wielki poligon, na którym non-stop prowadzone są manewry i ćwiczenia.

- Cicho...


Zamarliśmy w ciszy my i beduin, który zobaczył nasze światła i postanowił spędzić noc w pobliżu.

- To było blisko, prawda? To karabin.


Tak, to był karabin i rzeczywiście odgłosy strzałów można było ocenić na nie więcej niż 1000 metrów. Jeden zagubiony karabin w 48-osobowej Be'er Milce nie mógł zwiastować niczego dobrego. Zimne piwo lekko straciło na smaku, a nasza czujność wzrosła.

Dwa dni wcześniej

Jest czwartek - jutro wyjeżdżam na pustynię Negew i w ostatniej chwili kompletuję sprzęt. Jesteśmy z moją dziewczyną w markecie ze sprzętem sportowym, a stoisko z latarkami wcale mnie nie zadowala. Wszystkie czołówki wyposażone są albo w samo białe światło, albo w białe i czerwone. A ja szukam latarki ze światełkiem UV.

Naprawdę - wiedziałem co robię. Głupia latarka czołowa z marketu za 60 zł może uratować na pustyni tyłek, jeśli ma światełko UV nawet lipnej jakości. Na szczęście znalazłem jedną sztukę na dziale "natura" - co jest dość przewrotne, bo dział natura to dział dla myśliwych.

Co jeszcze ciekawsze zaraz obok można zrobić sobie serwis rakiety - to w kontekście bombardowań i całej reszty wojennego ekwipażu brzmi... powiedziałbym zabawnie.

Wracamy na Negew

Odgłosy karabinu ucichły już z pół godziny temu, a dwuosobowy zwiad wypuszczony w kierunku strzałów wrócił z informacją, że wszystko jest w porządku. Piwo dało o sobie znać, więc w pełnej ciemnicy należało oddalić się nieco od obozu, za bardzo podstawową potrzebą.

W tym miejscu nawet najbardziej podstawowe potrzeby mogą nieść za sobą niemiłe, śmiertelnie wręcz niemiłe konsekwencje i właśnie tutaj na pierwsze skrzypce wyskakuje niepozorna latarka czołowa ze światełkiem UV. Niecałe 10 metrów od obozu, po drodze pod krzaczek, zobaczyłem to:


Skorpiony świecą jak dyskotekowa kula w świetle UV i właśnie po to na pustynię zabiera się tę latarkę. Jeden nieostrożny ruch może, delikatnie mówiąc, zaniepokoić skorpiona, który nie będzie się długo zastanawiał i przejdzie do ataku.

To bydle jest małe

W tym przypadku mamy do czynienia ze skorpionem gatunku leiurus quinquestriatus (ang. Deathstalker), zwanym przez lokalnych żółtym skorpionem (yellow israeli scorpion). Ten niepozorny milusiński pajęczak jest naprawdę malutki. Skorpiony oglądane przez lata na ekranach telewizorów i monitorów wytwarzają w nas wyobrażenie dzikiej bestii, której rozmiar podbudowywany naturalnym strachem może urastać do wielkości ludzkiej dłoni. W rzeczywistości istnieje bardzo mało gatunków, które są aż tak wielkie i przeważnie są one niegroźne. Żółty skorpion z powyższego zdjęcia jest dużym okazem swojego gatunku i mimo to spokojnie zmieściłby się do pudełka zapałek.


Nie jest też czarny, przez co może nie wydawać się tak straszny, jednak jego żółtawy kolor to doskonały kamuflaż. Kiedy czeka w bezruchu zupełnie odkryty na pustynnym piasku - w ogóle go nie widać, a jego ofiary same wpadają do niego na kolację.

Poluje głównie nocą, a w dzień chowa się w cieniu - najczęściej w bezpiecznej kryjówce pod kamieniem, lub w znalezionej norce, wykopanej przez inne zwierzę. Zrozumienie schematu jego zachowań jest w tym miejscu szalenie istotne i trzeba mieć to ciągle na uwadze. Trzeba o tym pamiętać w szczególności wtedy, kiedy chcemy przesunąć, czy podnieść kamień, lub na jakimś usiąść. To może wydawać się głupie i nieistotne, jednak okazuje się, że życie na pustyni jest kompletnie inne od tego, które prowadzimy na co dzień w naszych wsiach i miastach. Zaczynamy zachowywać się nieco bardziej pierwotnie, a czasem kamień jest nam naprawdę potrzebny, szczególnie, kiedy w zasięgu wzroku nic poza tym kamieniem tak naprawdę nie ma.

Potrzebujesz młotka - bierzesz kamień, przycisk do maty, mapy, namiotu, czy siatki maskującej - kamień, podbudowa ciężkiego zjazdu w górskim pustynnym wąwozie - kamień, stojak na cokolwiek - kamień, krzesełko - kamień, osłona od wiatru, od słońca, od dzikich zwierząt - kamień. Kamień jest bogiem pustyni.

 

To małe jest cholernie jadowite

Wiemy więc, że w trakcie dnia każdy kontakt z kamieniem jest potencjalnie niebezpieczny, więc należy zachowywać się ostrożnie i najlepiej najpierw otwartą dłonią szybko przewrócić kamień dotykając tylko jego górnej części, a dopiero później go podnieść, czy przesunąć. Nigdy nie wkładać ręki pod kamień, nie chwytać mocno kamienia, który nie został wcześniej sprawdzony i nie siadać na takim. Wszystkie te wskazówki wchodząc w krew bardzo szybko ponaglone informacją o tym, że obecne tu żółte skorpiony są drugimi najbardziej jadowitymi skorpionami na Ziemi.

Żeby było weselej, ten najbardziej jadowity, czyli androctonus crassicauda, też może występować na tych terenach. Jest czarny i dorasta do 10 cm, ale na szczęście trafia się bardzo rzadko.

Obydwa z tych gatunków wyposażone są w niezwykle silny jad, którego ilość w kolcu jadowym mogłaby spokojnie pozbawić życia kilku dorosłych mężczyzn, jednak bardzo niewiele ukąszeń kończy się śmiercią. Dzieje się tak z bardzo prostego powodu - skorpiony są w stanie kontrolować ilość wypuszczanego w ciało ofiary jadu. Tutaj warto przytoczyć słowa Morana, który wyłożył to bardzo jasno i logicznie:

Jad to najcenniejsza substancja jaką te zwierzęta posiadają. Od jadu zależy ich życie i przetrwanie, więc zawsze będą go oszczędzać.

 


Te słowa dotyczą nie tylko skorpionów, ale również węży i zdecydowanej większości jadowitych stworzeń, które poruszają się po naszej planecie. Żeby czuć się przy nich bezpieczniej, musimy lepiej je rozumieć i podążać za ich myślami. Jeśli tylko nie będziemy im przeszkadzać, czy nie zrobimy im krzywdy, to nie będą nami zupełnie zainteresowane. Trzeba nauczyć się je ignorować, jak wiele, wiele innych rzeczy na pustyni. O czym mamy przekonywać się już w kolejnych dniach.

Tymczasem humory dopisują, lęk przed skorpionami powoli zostaje poskromiony, a po dobie podróży nie pozostaje nam nic innego, jak wskoczyć do namiotu i bardzo szczelnie go zamknąć. Do namiotów wkładamy też wszystkie nasze rzeczy, torby, czy nawet buty, bo przed wschodem słońca właśnie w takich miejscach najchętniej chowają się skorpiony i inne niezbyt miłe niespodzianki. Idziemy więc spać, zastanawiając się lekko nad tym, czy przywita nas kolejny poranek.

Właściwa przygoda zaczyna się już jutro - kliknij, by czytać dalej.
Artykuł opublikowany na portalu Joemonster dnia 20 października 2018r. link

Tagi

| projekt: reel-creative.com | realizacja: Bartłomiej Nowak |