Twój najgorszy koszmar to moje najlepsze wakacje - na urodziny znalazłem się 100 metrów pod ziemią

01 wrz 2017

Bojownik KawiakJones pisze: Na Joe Monsterze pojawiali się już policjanci, barmani, sanitariusze czy aktorzy porno, więc i ja nieśmiało podniosę rękę z głębi ziemi...

Twój najgorszy koszmar to moje najlepsze wakacje.
Jim Bridwell

Jestem Kawiak Jones, mam 27 lat i jestem uzależniony od wciskania się w ciasne i mokre miejsca. Uwielbiam to uczucie ciasności, kiedy muszę mocno napierać biodrami, żeby się zmieścić, a dodatkowa wilgoć w ciasności, w którą się wciskam, tylko potęguje moje podniecenie.

Hobbystyczną eksploracją podziemnych obiektów zajmuję się już 3 lata i w telegraficznym skrócie robię wszystko, żeby co najmniej 2 tygodnie każdego następnego miesiąca mojego życia spędzać pod ziemią, bo tam jest mi po prostu dobrze. Nieśmiało czekam też na jakąś apokalipsę, która zmusi gatunek ludzki do zejścia pod ziemię na zawsze.

W tym artykule przybliżę wam wyprawę marzenie, którą sam sobie sprezentowałem na 27 urodziny.

Od rozpoczęcia swojej przygody z podziemiami marzyłem o tej kopalni. To opuszczone od 100 lat wyrobisko to zdecydowanie jedna z najpiękniejszych kopalń w naszym kraju. Obfituje w przepiękne formacje geologiczne, jak i niemal nienaturalne kolory nacieków. Kopalnia ta jest również miejscem niedostępnym dla laików ze względu na 90-metrowy szyb, którym trzeba zjechać na dół, a później jakoś wspiąć się na górę. Przeszkodę stanowi też słaba wentylacja wyrobisk, skutkująca znacznymi spadkami tlenu. Ze względu na powyższe, pierwsze próby eksploracji miały miejsce dopiero w latach 70. XX wieku.

Wciąż nie jestem specjalistą w eksploracji takich miejsc i podejrzewam, że za 20 lat dalej nie nim będę. Wiem natomiast, że marzenia są po to, aby je realizować i 27. urodziny oraz przypadający na nie urlop sprawiły, że zdecydowałem się na eksplorację teraz, zamiast po raz kolejny przełożyć ją na kolejny rok.

Od podjęcia decyzji do dnia zero nie było wiele czasu, a do przygotowania miałem wszystko - od zebrania ekipy, przez załatwienie strojów, po zdobycie niezbędnej wiedzy przez godzinne czasami rozmowy telefoniczne z bardziej doświadczonymi eksploratorami, podczas których dosłownie wysysałem z nich doświadczenie.

Zważywszy, że w kopalni występują niedobory tlenu, czekały mnie długie przygotowania merytoryczne. Poznałem przyczyny, objawy, zasady bezpieczeństwa i sposoby wykrywania braków tego niezbędnego dla oddychania pierwiastka. I tak oto powstały następujące plany:

Plan A - pożyczyć miernik tlenu (kiedyś kupię, ale kosztuje prawie 4000 zł)
Plan B - pożyczyć lampę górniczą (służy do monitorowania gazów w wyrobisku, m.in. tlenu)
Plan C - zabrać świeczkę i banki z tlenem medycznym

Nie muszę chyba mówić, na jakim planie się ostatecznie skończyło. Ale do tego jeszcze wrócę.

Skompletowałem ekipę, w skład której wchodziło moich dwóch najlepszych kolegów - Simek i Simon - oraz specjalista od technik linowych Krzysiek wraz z kolegą Kamilem, stanowiącym jednoosobową ekipę naziemną. Jego zadaniem było pilnowanie, aby ktoś nie odciął naszych lin oraz obsługa wyciągarki. Przyszedł też czas na stroje. Nadludzkim wysiłkiem udało nam się zdobyć jednoczęściowe kombinezony przeciwchemiczne OP1, które miały nas zabezpieczyć przed wilgocią, a co za tym idzie przed wychłodzeniem. W internecie są wszędzie w sprzedaży, ale każdy zapas jest już wyczerpany. Na szczęście trafiliśmy na sklep, który jakimś cudem nie prowadzi sprzedaży internetowej i miał na swoim stanie kilkadziesiąt kompletów po śmiesznie niskiej cenie. Przy okazji Simek dostąpił niewątpliwego zaszczytu wyjaśnienia panu właścicielowi czym jest internet, gdyż ten nigdy o nim nie słyszał.

Simek to taki McGyver, sam składa samochody, motory i quady, i jak tylko się dowiedział, że będzie się trzeba wspiąć 90 m do góry po linie, to od razu przystąpił do wymyślania sposobu na obejście tego, niepotrzebnego jego zdaniem, wysiłku. Pomysły były różne: od wyciągarek od quada napędzanych z przywiezionych akumulatorów do ciężarówek, po innego rodzaju wynalazki napędzane z agregatu prądotwórczego. Ostatecznie stanęło na wyciągarce od STARA 66 napędzanej przez mojego Golfa 3. Za taką wyciągarką przemawiało wiele faktów - po pierwsze dowolne możliwości hamowania poprzez hamulec samochodowy. Takiego hamulca nie dało się też przegrzać. Dodatkowo wyciągarka jest wszystkoodporna, praktycznie nie da się jej zniszczyć czy uszkodzić. Jest to tak proste urządzenie, że nic nie ma tam się prawa zepsuć. No i najważniejsze - stworzono ją do wyciągania 5-tonowego stara z błota, więc moje 80 kilo nie powinno stanowić dla niej najmniejszego wyzwania. A jeszcze za pomocą biegów i pedału gazu można było regulować prędkość wjeżdżania do góry. Słowem idealnie. I do tego pioniersko. Simek dospawał tylko ramę i mieliśmy windę.

Została jeszcze lina, bo nie każdy ma pożyczyć 100 m liny, a nadmienię, że z linami jak z bielizną - pożycza się bardzo niechętnie. Zdecydowałem się na zakup własnej setki, o grubości 10,5 mm. Nowa impregnowana lina statyczna dawała podobną pewność co wyciągarka. Więc pozostały tylko odpowiednie zastosowane umiejętności i wszystko będzie dobrze.

Po skompletowaniu sprzętu nagrywającego film, który był celem naszej wyprawy, oraz zorganizowaniu sprzętu alpinistycznego i krótkofalówek, byliśmy już gotowi. W kwestii tlenomierza plan A i B nie wypaliły, więc zmuszeni byliśmy improwizować.
We wdychanym powietrzu normalnie jest ok. 21% tlenu, świeczka gaśnie przy około 16%, a człowiek przy 10-12%, więc jest pewien zapas. Metoda ta jest jednak niedokładna, bo świeczki lubią gasnąć od podmuchu, i można wtedy nieźle narobić w gacie. Jako ciekawostkę dodam, że znam człowieka, który przeżył zawartość tlenu 8%, a pomogły mu w tym codziennie wypalane 3 paczki papierosów. Jest to jedyny znany mi przypadek, kiedy fajki uratowały komuś życie. Na wypadek awaryjnych sytuacji każdy miał po 2 bańki z czystym tlenem na ok. 80-100 oddechów, co powinno wystarczyć na ewakuację do bezpiecznego miejsca. Temat tlenu pod ziemią chętnie rozwinę przy innej okazji.

Po przyjeździe w góry zaskoczyła nas śnieżyca. Tak. 28 kwietnia spadło tyle śniegu, ile przez całą zimę nie widziałem. Szach-mat, zwolennicy efektu cieplarnianego. Na szczęście będąc mistrzem prokrastynacji ciągle nie zmieniłem opon na letnie, więc nie było tak źle, zwłaszcza że Simek McGyverem jest tylko po godzinach, bo normalnie jest amatorskim kierowcą rajdowym (5 miejsce na Mistrzostwach Polski w Rajdzie BAJA quadem), i pokazał mi, że można driftować golfem z przyczepą po zaśnieżonej górskiej drodze i dobrze się przy tym bawić (tzn. on, nie ja).

Na miejsce dojechaliśmy ok. 9 rano i od razu przystąpiliśmy do sprawdzania okolicznych drzew pod obecność kamer. Nie muszę chyba wspominać, że schodzenie tam jest nielegalne i choćby z tego właśnie względu nazwa tej kopalni nie padnie tu ani razu. Na szczęście plotki o monitoringu nie potwierdziły się. Przez bite dwie godziny rozkładaliśmy cały sprzęt, a ja z każdą chwilą czułem narastające podekscytowanie i motylki w brzuchu. Takie same jak przed pierwszym pocałunkiem, z tym że ja zaraz miałem zawisnąć nad 90-metrową dziurą w ziemi, a nie się całować. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że jak 8 godzin później wyjadę na górę, to będę się jednak całował, ale z powierzchnią - ze szczęścia, że ją widzę.

Jako pierwszy na dół zjechał Krzysiek. Był to zjazd pilotażowy, żeby sprawdzić, jak wygląda sytuacja na dole, czy jest tlen, czy wyciągarka i przyrządy działają. Krzysiek na co dzień pracuje na wysokościach, więc w razie jakiejkolwiek awarii wyciągarki poradziłby sobie bez niej. Prawdę mówiąc tak bardzo wierzyliśmy w umiejętności Krzyśka, że z pewnością każdy z nas wiedział, że kompan poradziłby sobie nawet bez liny. Był dla nas jak bóg alpinizmu, którego doświadczenie ma nam rozjaśnić drogę na same dno. Nasza trójka to raczej początkujący w technikach linowych, więc bacznie obserwowaliśmy jego ruchy i słuchaliśmy rad. Cały czas mieliśmy połączenie radiowe. Krzysiek meldował: brak problemów z oddychaniem, od szybu odchodziły 3 poziomy, na dole w miarę sucho - czyli wszystko w jak najlepszym porządku. I wyciągarka się spisała, sprawdziliśmy każdy bieg, a na 5. daliśmy nawet gazu. Oprócz trochę poplątanych lin pod koniec wszystko szło po naszej myśli.
Zacząłem się przebierać, strój okazał się wygodny. Mając na uwadze swoje poprzednie doświadczenia, upewniłem się, że oba jąderka znajdują się w odpowiedniej odległości od pasków uprzęży. Nic tak nie wyciska łez, jak ściśnięte jajko podczas zjazdu na linie.

Uzbrojony w kamerę i zapas tlenu rozpocząłem zjazd. Serce waliło mi jak szalone, ciężko określić, czy z powodu samego faktu zjazdu do wnętrza ziemi, czy ekscytacji spowodowanej realizacją mojego marzenia.

Najpierw minąłem obudowę ceglaną, parę metrów później betonową, która na głębokości około 10 metrów przeszła w litą skałę. Szyb znacznie się wtedy poszerzył. I mniej więcej w tym momencie pierwszy raz spojrzałem w dół i zobaczyłem otchłań jakby do Hadesu. Ciemność przechodziła w nicość. Wtedy dotarło do mnie tak naprawdę, że właśnie jestem w trakcie robienia najniebezpieczniejszej rzeczy w moim życiu i że w razie gdyby coś miało pójść nie tak, to mogę tu zostać na zawsze. W swoim życiu wciskałem się naprawdę w ciasne miejsca grożące zawaleniem, ale tak jak wtedy, będąc sam na linie, nie bałem się jeszcze nigdy.

Na głębokości około 20 metrów zobaczyłem wejście do najpłytszego i najstarszego poziomu. Po małym rozbujaniu się, moje stopy w końcu dotknęły spągu (dolnej powierzchni wyrobiska). Trzęsącymi się rękoma rozpiąłem przyrządy i zwolniłem linę dla następnego zjeżdżającego. Dopiero wtedy miałem chwilę, żeby się rozejrzeć. Obok mnie szyb, tak głęboki, że żadna latarka nie sięgała do dna, a ja stałem w chodniku, którego strop wyglądał tak:

Nie oszukujmy się - nie wyglądało to stabilnie - tam nawet nie ma gwoździ! W myślach tłumaczyłem sobie, że prawdopodobieństwo zawalenia się akurat dzisiaj jest niewielkie. Szukałem też świeżych kawałków skał na spągu i świeżo pękniętych belek. Nic takiego nie znalazłem, a to bardzo dobry znak w eksploracji takich obiektów. Świadczy o tym, że stan obecny zachowany jest już od dłuższego czasu i że jest w miarę „bezpiecznie”. Przez radio nadałem, że wszystko wygląda OK. Trochę kłamałem, ale nie chciałem ich negatywnie nastawiać.

Pierwszy zjechał Simek, który rozciął sobie palec na przyrządzie, i po wylądowaniu obok mnie i zobaczeniu tego, co wisi nad naszymi głowami, stwierdził: „pierdolę, wyciągajcie mnie”. Naciskałem tylko delikatnie, bo wiedziałem, że jeśli on się tu nie czuje dobrze, to ja nie mogę go zmusić. A na dodatek uznał skaleczenie na samym początku za zły omen. Wyciągarka spisała się znakomicie, wyciągając go bez przeszkód i zbędnego wysiłku. Nadmienię tutaj, że z rozciętym i krwawiącym palcem małpowanie, czyli wspinanie się po linie za pomocą przyrządu, tzw. małpy, byłoby bardzo trudne i niebezpieczne. Na dole zostałem sam, czekając na Simona, który miał zjechać jako kolejny. Wciąganie Simka i instalowanie Simona trwało parę minut, więc miałem trochę czasu na rozejrzenie się po chodniku prowadzącym do dalszych części tego poziomu. Wszystko wyglądało trochę lepiej, z przemoczonych i przegniłych belek nade mną lała mi się na głowę woda, ale nie było żadnych śladów obwałów. Świeczka, którą miałem przy sobie ciągle się paliła, uspokajając mnie odnośnie tematu tlenu.

Tunele nie były rozbudowane, łatwo było mi utrzymać orientację. Dodatkowo resztki szyn w głównym chodniku jeszcze bardziej ją ułatwiały. Nie było jednak czasu na zwiedzanie, bo z szybu słyszałem już śmiech Simona, który z nieskrywaną ekscytacją, nie zważając na 60-metrową przepaść pod nim, zjeżdżał już na dół.

Pierwszą rzeczą jaką zrobił nie było wypięcie się z przyrządów, tylko selfie, na którym chcąc nie chcąc, ze względu na kubaturę półki, na której staliśmy, musiałem wystąpić.

Chwilę później zjechał Krzysiek i pożegnaliśmy się z Kamilem przez krótkofalówki, schodząc w głąb pierwszego poziomu.

Był to prawdopodobnie pierwszy wydrążony poziom w całej kopalni, a drążenie szybu rozpoczęto w 1793 roku, więc jeszcze przed 3 zaborem. Najwyraźniej złoża arsenu, miedzi, cynku, antymonu oraz innych metali, jak np. srebra i złota, nie były wystarczające, co tłumaczy zejście z wydobyciem tak głęboko. Ale tym jak głęboko, zajmiemy się na 3. poziomie.

Jak widać chodniki nie są skomplikowane, daleko im też do prostych tuneli. Wynika to z bardzo prostej różnicy pomiędzy sztolnią a kopalnią - sztolnie bito pod plan (jak np. obiekty Riese w Górach Sowich), a kopalnia podążała za żyłą, której przebieg zależał od skomplikowanych procesów geologicznych. Wracając do nas trzech - świetnie się bawiliśmy penetrując nowe odnogi. Opuszczone prawie 100 lat temu wyrobiska robiły na nas niesamowite wrażenie. Osobiście zastanawiałem się nad genialnością naturalnego budulca, jakim jest drewno, skoro po takim czasie w skrajnej wilgoci ciągle trwa i powstrzymuje napór górotworu. Do tego praktycznie każda znaleziona drabina była w 100 procentach funkcjonalna i pozwalała przejść do mniejszych komór wydobywczych.

Od razu dostrzegłem też brak śmieci i graffiti - tak obrzydliwie nachalnych w dosłownie każdym dotychczas eksplorowanym przeze mnie obiekcie. Na szczęście ta kopalnia zazdrośnie strzeże swoich walorów. Bardzo wymagające zejście i mała ilość zwiedzających poskutkowały naturalnym graffiti w formie kolorowych nacieków oraz wieloma mini stalaktytami, których droga do spągu sztolni i przeobrażenia się w stalagnat czyli kolumnę naciekową dopiero się rozpoczęła i potrwa jeszcze kilkaset lat. Kolorystyka nacieków wynika natomiast ze specyfiki kopalni polimetalicznych, czyli takich, w których wydobywano kilka różnych pierwiastków, a im więcej różnorodnych pierwiastków, tym szerszej palety barw można się spodziewać. Do tego dochodzi niby-fluorescencyjne kropelki wody z jakąś bakterią w środku, które widać po lewej stronie zdjęcia. A są one dosłownie wszędzie i wyglądają jak gwiazdozbiór.

Po kilkunastu minutach dochodzimy do częściowo zawalonej komory wydobywczej. Ze względu na swoją kubaturę, takie komory jako pierwsze ulegają zawaleniu. Nie były specjalnie odbudowywane i wzmacniane, gdyż większość komór wydobywczych wypełniano skalnym rumoszem z innych miejsc, bo wyciąganie go na powierzchnie było bardzo drogie i się po prostu nie opłacało, a i same komory po wybraniu żyły nie były aż tak potrzebne. W efekcie czego zostawiano tylko małe przejścia dla usprawnienia komunikacji i wentylacji w kopalni. Dodatkową korzyścią z utylizacji urobku w nieczynnych wyrobiskach jest oszczędność powietrza, gdyż nie trzeba było go pompować do miejsc, w których nie przebywali ludzie i nie prowadzono wydobycia. Tak samo traktowano chodniki poszukiwawcze i każdy inny kąt, który można było wypełnić rumoszem, oszczędzając tym samym na wyciąganiu go na górę. I tak oto, mając nad głowami 25 metrów litej skały, mieliśmy zebrać się w garść i przejść pod tonami luźnego rumoszu skalnego, powstrzymywanymi przez resztki obudowy. Dodatkowego dreszczyku dodawał fakt, że wiedzieliśmy, że za tym przeciskiem jest jeszcze trochę chodników, ale nie ma innej drogi wyjścia niż ten właśnie przecisk. Zostawiliśmy Krzyśka po drugiej stronie, tak na wszelki wypadek, i z wraz z Simonem, ostrożnie i bez dotykania obudowy, przeszliśmy na drugą stronę.

Po drugiej stronie znajdował się dokładnie taki sam tunel. Żadnemu normalnemu człowiekowi nie opłacałoby się tyle ryzykować, żeby zobaczyć niemal identyczny chodnik. Nie przeszkadzało mi to jednak ani trochę. Serce waliło mi jak szalone, mój umysł ogarnęły myśli o życiu i śmierci, których nie miewam nigdzie indziej, tylko w takich właśnie miejscach. Są one dla mnie o tyle cenne, że takie wspomnienie zapamiętam do końca życia z wieloma szczegółami, a o to chyba właśnie w życiu chodzi. A podczas kiedy ja kontempluję moją egzystencję, Simon znowu robi selfie.

Pozostałe kilkadziesiąt metrów chodników nie różniło się praktycznie niczym od tych po drugiej stronie przecisku. Na samym końcu znajdujemy głęboki na kilka metrów szyb i kawałek chodnika za nim. Postanawiam tu właśnie zostawić wizytówkę, na dowód, że tam byłem i gdzie na YouTubie mnie szukać. Wierzę, że dla każdego znalazcy będzie to miła znajdka, bo nikt tak dobrze jak on nie będzie wiedział, jak bardzo trzeba było się przełamać, żeby tu wejść.

Oczywiście fajniej byłoby ją zostawić po drugiej stronie szybu, wtedy nikt by jej nie zabrał, ale szybko wybijam sobie ten pomysł z głowy słowami, że jestem pojebany, ale nie aż tak, żeby tam się teraz pchać, kiedy od całej rzeczywistości jaką znam dzieli mnie tylko to małe przejście. Wracam jednak z tarczą do przecisku. Od drugiej strony wygląda to o wiele gorzej. Wszystko wygląda, jakby opierało się na kawałku skały o grubości ramienia, który dodatkowo od spodu ulegał erozji.

Pojebana akcja - pomyślałem - wynosimy się stąd. Mamy jeszcze 2 poziomy do zobaczenia, a w planach na jutro zobaczenie najgłębszego, zalanego poziomu 4, do którego nie ma dostępu przez główny szyb, tylko przez ciasny szybik boczny. Tam mamy właśnie wykorzystać potęgę naszych strojów (nówka funkiel, nieśmigana, rocznik 1973).

Po powrocie do głównego szybu decydujemy, że na kolejny - 2. poziom - zjadę jako pierwszy.

Po założeniu przyrządów czeka mnie nieciekawy moment. Muszę rzucić się w przepaść, żeby zawisnąć i zjechać na linie. Pode mną najgłębsza dziura, jaką w życiu widziałem, totalna ciemność, dna nie widać. Po raz kolejny błyskawiczna kontemplacja życia i śmierci przed rzuceniem się w tę otchłań. I zrobieniem tego bez uderzania o jakąkolwiek ścianę, przecież nie chciałbym stracić przytomności na linie. Oczywiście poszło mi źle, robiłem to w końcu pierwszy raz w życiu. Ale na szczęście nie przypierniczyłem aż tak mocno. Rozpoczynam powolny zjazd w ciemność. Wiedziałem, że im głębiej zjeżdżam, tym mniej tlenu mogę się spodziewać. I jako że nie załatwiłem tlenomierza, to ciężko mi powiedzieć, czy to z ekscytacji, czy z niedoboru tlenu tak źle mi się oddychało. Pewnie sobie uroiłem, ale tam, na 80 metrach na linie, czasami emocje biorą górę nad logiką i bardzo trudno subiektywnie ocenić z czego to wynikało. Z tej samej ekscytacji kompletnie przegapiłem poziom drugi (50 m), i zjechałem na same dno szybu. Trochę mi się to nie podobało, bo przygotowałem się mentalnie na drugi poziom. Niby niewielka różnica, ale trzeci poziom to już -96 metrów, czyli aż dwa razy głębiej. Szczyt szybu i widoczne przez niego niebo to już tylko mała dziurka nade mną.

I właśnie wtedy, będąc sam na dole i czekając na Simona, zdałem sobie sprawę, że tak głęboko to jeszcze nigdy nie byłem i z tej głębokości mogłem dostrzec niebo i ogrom masy skalnej nad moją głową.

Zajebiste urodziny, prezent w postaci wspomnienia na całe życie.

A jeżeli chcecie się dowiedzieć, co takiego miejsce prawie 100 m pod ziemią ma wspólnego z gangsterskimi porachunkami złodziei fiatów 125p, to zapraszam do drugiej części za tydzień.

Red.: A oto i film wspomniany przez Kawiaka Jonesa

Jeśli macie swoje historie, którymi chcielibyście się z nami podzielić, tak jak zrobił to Kawiak Jones, to przez 24/7 stoi otworem nasza wrzutnia nocna niebankowa.

Artykuł opublikowany na portalu Joemonster dnia 1 września 2017r. link

Tagi

| projekt: reel-creative.com | realizacja: Bartłomiej Nowak |