Twój najgorszy koszmar to moje najlepsze wakacje - zjazd na 94 metry pod ziemię, część II

18 wrz 2017

Kontynuujemy podróż do wnętrza Ziemi z Kawiakiem Jonesem. Jeśli nie czytaliście jeszcze pierwszej części, to szybko to nadróbcie TUTAJ, zaczekamy na was i wciskamy się głębiej w opuszczoną kopalnię.

Niby głęboko, aczkolwiek da się znacznie głębiej. Najgłębsza kopalnia na świecie znajduje się w RPA i jeden z jej szybów ma 4000 metrów głębokości.

A szyb, w którym teraz jestem ma głębokość 192 metrów, czyli da się zejść jeszcze sto metrów niżej. Niestety, trzy metry poniżej mojego poziomu rozpoczyna się kilkunastometrowy korek. A szkoda, bo z samego dna widok musiałby być niesamowity. Zatkany szyb to efekt wyrzucania śmieci do ich wnętrza przez okolicznych mieszkańców. Po upadku górnictwa kopalnię zostawiono samą sobie, odwodnienia się zawaliły i dwa najgłębsze poziomy są całkowicie zalane. Dla zobrazowania rzędów wielkości: na poniższej mapce jestem przy czarnej strzałce. Naszym jutrzejszym celem będzie poziom żółty, bo każdy niższy jest całkowicie zalany i dostępny tylko dla nurków. Nawiasem mówiąc, trzeba mieć niezłe jaja, żeby tam znieść cały sprzęt, obejść korek i zanurkować.

Co ciekawe, przy pomarańczowej strzałce jest zawalony przekop na głębokości 142 m o długości około kilometra do kolejnego szybu, który jest ciągle odwadniany. A więc teoretycznie, po udrożnieniu zawału można by spuścić wodę z całej kopalni (poza najgłębszym poziomem), a tym samym zwielokrotnić obszary dostępne z buta i znacznie poprawić wentylację. Koledzy zalali kiedyś w ten sposób pewną wioskę :)

Swój pobyt na poziomie -94 m rozpocząłem od rozpalenia świeczki. Następnie wypatrywałem Simona, bo fajnie było tam samemu, ale cóż... zawsze lepiej we dwóch.

Oczywiście godziny przygotowań do obniżonej zawartości tlenu w powietrzu, wywiady ze specami i zawierzenie swojego życia na najprostszej i najstarszej metodzie - na świeczkę. I w tym całym misternym planie nie zabrałem zapasowych zapalniczek, tylko jednego trupa, więc rozpalanie trwało parę minut. Po chwili zjechał Simon, który zamiast zejść z liny, to się na niej huśtał i robił sobie selfie. Krótko później, niemal z prędkością światła zjechał Krzychu i mogliśmy nadać przez krótkofalówkę, że jesteśmy na trzecim i wchodzimy. Zapaliliśmy kontrolną świeczkę i odwróciliśmy się. I tu na głębokości 94 metrów, pośrodku niczego, mamy trudności z przejściem dalej, bo cała droga zawalona jest pociętymi karoseriami od maluchów.

Ale to jeszcze nic. W 2011 r. ekipa speleoklubu łódzkiego znalazła na dnie szybu zwłoki. Okazało się, że lokalna szajka złodziei samochodów wrzucała tam części, których nie udało im się sprzedać. A od czasu do czasu również niewygodnych obywateli. Wskutek podejrzenia, że w szybie mogą znajdować się dalsze ciała, prokuratura zleciła przekopanie korka. Strażacy zjechali więc na dno szybu i wynieśli złom z szybu do chodnika. Ciał nie znaleziono, a od tamtej pory wejście jest zakratowane. Znałem tę historię przed wyjazdem, ale tylko tam, na samym dnie, naszła mnie myśl, jak bardzo kiepski ktoś musiał mieć dzień, jak się dowiedział, że ma zjechać na same dno, zebrać i wywieźć to co z nieboszczyka zostało po upadku z wysokości 90 m na pocięte karoserie samochodowe. Ale to jeszcze nie najgorszy dzień w pracy, jaki przyszedł mi do głowy podczas tej wyprawy.

Po przejściu kilkudziesięciu metrów przez podziemne złomowisko, jakimś cudem nie rozrywając kombinezonów, doszliśmy do skrzyżowania. Zgodnie z mapą postanowiliśmy najpierw zwiedzić prawą odnogę z interesującymi pionowymi nadszybikami wydobywczymi. Wszędzie było kolorowo, woda na spągu wyglądała jak rozlane mleko, aż się zapłakać chciało. Na ścianach błękitne nacieki, jakby ktoś wylał całe wiadro z farbą.

Wszyscy trzej zgodnie stwierdziliśmy, że jesteśmy bardzo zmęczeni. Dodatkowo zaczynały się powoli bóle mięśni. Po raz kolejny ciężko stwierdzić, czy to z powodu obniżonej zawartości tlenu, czy wyobraźnia płatała nam figle, ale bez tlenomierza mogliśmy sobie domniemywać w nieskończoność. Na szczęście tunele nie były jeszcze takie wymagające i męczące, więc skupiliśmy się na realizowaniu “spoko ujęć”. Minęliśmy 5 nadszybików eksploatacyjnych wraz ze zrzutniami. Widocznie żyła była tu bardzo wysoka i od stropu chodnika poprowadzono pionowe szyby. Szeroka paleta barw na ich ścianach świadczyła o wysokiej zawartości metali.

I właśnie w tym momencie zdałem sobie sprawę, że konkurs na najbardziej kijową robotę w tej kopalni wygrałby górnik, który dostał za zadanie zjazd 100 m w głąb ziemi i musiał drążyć pionowy, ciasny szyb do góry. Niezależnie czy kuto ręcznie, mechanicznie czy za pomocą ładunków wybuchowych, perspektywa poniedziałku w takiej pracy i z takim zadaniem na długo utkwiła mi w pamięci. Wszystkie szyby były ślepe, nieobudowane, w żadnym nie uświadczyliśmy nawet drabiny. Woda stojąca w każdej zrzutni miała inny kolor i inne osady pod powierzchnią. Szkoda, że zwykłe “gopro” nie oddaje głębokości niektórych barw na materiale filmowym.

Mimo że kopalnia jest opuszczona od ponad 100 lat, do dziś nie znaleźliśmy śladów erozji i obwałów w niezabezpieczonych szybikach, co świadczy bardzo dobrze o jakości robót górniczych i trwałości górotworu. Uspokaja mnie to też trochę w kwestii stabilności wyrobiska, niestety ciągle wielką niewiadomą jest tlen, ale do tego jeszcze wrócę.
Jak już wspominałem, niepotrzebny urobek upychano po kątach sztolni. Na przykład na poniższym zdjęciu widać urobek zebrany nad naszymi głowami. Mimo braku belek go podtrzymujących i prawie 100-procentowej wilgotności nie nastąpił zawał. Po belkach zostały tylko odciśnięcia, z których kapie woda. Niestety, nie udało mi się ustalić, czy wykorzystano do tego beton, czy naturalne warunki panujące w kopalni tak zbiły ten materiał. Stawiam na beton.

Minęliśmy wszystkich pięć zrzutni i doszliśmy do komory wydobywczej. Kubatura wyrobisk znacznie się powiększyła, widać też było masy urobku zalegające na spągu i po kątach. Namierzyliśmy też odnogę całkowicie wypełnioną kamieniami, zgodnie z zasadą opisaną w pierwszej części artykułu. Był to też koniec chodnika, przed nami był tylko przodek (lita ściana na końcu chodnika górniczego, a nie jakiś mój prapradziadek). W takich miejscach najczęściej występują nagłe braki tlenu. Poruszaliśmy się więc ostrożnie i w dużych odstępach.

Rozwinę tutaj temat tlenu. Na początek nieco doprecyzuję historię o tym, jak papierosy uratowały komuś życie. Delikwent przeżył zawartość nie 8, a 6,5 procent, wedle wskazań tlenomierza. Wyciągnięto go w ostatniej chwili, kiedy dawał sygnały rękoma, gdyż nie był już w stanie mówić. Znalazł się na dnie tego szybu, bez uprzedniego sprawdzenia tlenomierzem i to był właśnie błąd, bo świadomie tak bardzo nie ryzykuje nikt. Cała ekipa przebywała wtedy od trzech godzin w sztolni o zawartości 13% tlenu w powietrzu, i właśnie to było przyczyną pomylenia kolejności. "A co ma piernik do wiatraka?" możesz pomyśleć. Ano ma, a jako że mnie tam nie było, to pozwolę się wypowiedzieć człowiekowi, który wyciągał purpurowego delikwenta z szybu. Poniżej niemal bezpośrednie cytaty z mojej rozmowy z Michałem, człowiekiem, który ma największe jaja na świecie i w ciągu swojej 30-letniej kariery odkopał i udokumentował już dziesiątki zapomnianych kopalni.

“Oddech się zmienia, ogarnia cię poczucie duchoty i osłabienia. Nagle zaczynasz czuć, że musisz oddychać, bo normalnie wcale o tym nie myślisz. Męczysz się i chcesz natychmiast odpocząć, położyć się na ziemi i choć na sekundę zamknąć oczy. Trzeba to opanować, bo jak się położysz, to będziesz odpoczywał na wieki (tak właśnie stało się niedawno w Nowych Czaplach, gdzie martwy ojciec z synem został znaleziony 50 metrów od wejścia do sztolni w pozycji jakby spali, zawartość tlenu 11% - dopisek KJ). Byłem w stanie myśleć tylko o 2-3 sekundy w przód, tzn. wiedziałem, że muszę podnieść linę, ale jeszcze nie wiedziałem, że po podniesieniu jej muszę ją rzucić w głąb szybu, potrzebowałem na to paru sekund. Gdybyśmy myśleli jaśniej, najpierw spuścilibyśmy tlenomierz na linie, a później człowieka, a nie odwrotnie. Ale to się wszystko wydaje takie oczywiste zza komputera, tam na dole wszystko dzieje się inaczej”.

A jak się skończyła historia palacza papierosów? Mimo osłabienia wyszedł na powierzchnię przy pomocy kolegów. Był cały siny, a wargi miał purpurowe. Całą powrotną drogę bełkotał coś o papierosie, ale miał pecha, bo w kopalniach węglowych z przyczyn oczywistych nie używa się otwartego ognia. Ale zaraz po wyjściu na powierzchnię zajarał szluga i “było widać, jak momentalnie zrobiło mu się lepiej”.

Mając w głowie te wszystkie opowieści, tam na końcu chodnika spojrzałem na płomień mojej świeczki, który w tym momencie zamigotał delikatnie i zgasł. Z początku nie uwierzyłem. Serce zatrzymało mi się na chwilę, nawet jeśli to był zwykły pech, to mój organizm myślał już tylko o wydostaniu się na zewnątrz. Szybko powtórzyłem sobie w myślach zasady bezpieczeństwa podane przez Michała. Po pierwsze, nigdy nie poruszać się w zbitej grupie, zawsze w rozproszeniu. Po drugie - jeden idzie z przodu na linie, aby w razie kłopotów reszta mogła go wyciągnąć. A jeżeli ktoś padnie, to nie biec do niego, tylko powoli przyciągnąć linę i się ewakuować. Jako że do skrzyżowania mieliśmy tylko kilkaset metrów, postanowiliśmy się nie wiązać i w odstępach jak najszybciej ewakuować. Nie wiedzieliśmy, czy tlenu brakowało tylko przy przodku, czy zaczęliśmy go zużywać za dużo i przez to poziom tlenu w całym chodniku obniżył się. Po raz kolejny zatęskniłem za tlenomierzem, który w sekundę definitywnie rozwiałby moje wątpliwości. Ciągle rozmawialiśmy ze sobą i meldowaliśmy się sobie nawzajem co parę sekund. Nie chciałem na przykład zapomnieć, że za mną idzie Simon i wcale się nie spiesząc, dalej robi selfie.

Najgorsze w tlenie jest to, że przez jego spadki nie możesz do końca polegać na sobie i swoich umiejętnościach. Nam udało się na szczęście dojść do rozwidlenia, gdzie ponownie rozpaliliśmy świeczkę i zastanawialiśmy się co dalej. Skupieni nad świeczką rozważaliśmy dalsze możliwości - skręcić w lewo i zacząć zwiedzać chodnik międzypoziomowy (żółty na mapie), czy powoli kończyć na dzisiaj i wyspać się na jutro. Decyzja nie była łatwa, bo z jednej strony fajnie by było zejść głębiej, w końcu po to tu przyszliśmy. Ale z drugiej strony trzeba myśleć racjonalnie, z nas trzech to ja miałem największe doświadczenie w przebywaniu pod ziemią i to był największy problem, bo chłopaki pewnie by poszli, gdybym nalegał. Robię najniebezpieczniejszą rzecz w swoim życiu i nie mam się kogo poradzić, bo Krzysiek nigdy nie był pod ziemią, a Simon był dwa razy ze mną. Jestem tylko ja, moje doświadczenie i wiedza. Niby super, czułem się pewnie, ale dialog wewnętrzny ciągle pozostawał. Zdecydowanie lepiej czułbym się pod ziemią, jak byłbym z kimś, kto zna się na tym lepiej niż ja. Wtedy cała ta odpowiedzialność za wszystko dookoła rozmywa się, a ja mogę się bardziej skupić na podziwianiu kopalni i nauczyć czegoś nowego.

Na dzień drugi miał dojechać do nas jeden kolega, na podobnym poziomie doświadczony jak ja, czyli to już jakiś backup. Mieliśmy obiecaną lampę górniczą, czyli Lampę Davy’ego , która nie była najdokładniejsza, ale znacznie bardziej skuteczna niż zwykła świeczka. Jej obecność zdjęłaby mi i innym z głowy ciągłe rozkminianie tematu tlenu. I tak rozmyślając co dalej robić, niespodziewanie odezwały się wszystkie krótkofalówki, oswobadzając mnie zarazem z ciężaru podjęcia decyzji. Kamil nadawał. Mówił, że właśnie poznał leśniczego i lepiej by było, żebyśmy wychodzili na powierzchnię. Ta wiadomość przeważyła szalę na korzyść zakończenia eksploracji na dzisiaj. Jakość połączenia była kiepska (w końcu byliśmy kilkadziesiąt metrów od szybu), więc nie zrozumieliśmy wszystkiego.

Po drodze ustaliliśmy, że na górę najpierw pojedzie Simon, bo poza umiejętnościami robienia selfie, ma najlepszą bajerę z nas wszystkich i wiedzieliśmy, że do rozmowy z leśniczym nadaje się najlepiej.

Po przejściu przez karoserię doszliśmy do szybu, pamiętam, że pomyślałem wtedy, że nie chciałbym przypadkiem wypatrzyć jakiegoś palca czy stopy, którą przegapili strażacy. Nasza świeczka ciągle się paliła, więc dodało nam to trochę otuchy, bo już nie było kopalni, tylko mniejszy lub większy przypał czekający na powierzchni. Chcąc nie chcąc, w mojej głowie wyświetlały się właśnie najgorsze scenariusze, mandat za wjazd do lasu, pewnie za rozwalenie kłódki (nie było jej, jak przyjechaliśmy) i nie wiadomo za co jeszcze. Krzysiek przygotował Simona do wyjazdu na powierzchnię i nadał przez mikrofalówkę sygnał do wyciągania. Następny miałem wyjechać ja i cieszyłem się, że tak wyszło i nie ja będę tym ostatnim na dole. Krzyśkowi widocznie to nie przeszkadzało. Pomyślałem wtedy, że to był jego pierwszy raz pod ziemią i on po prostu jeszcze nie wie, że samemu pod ziemią wszystko wygląda zupełnie inaczej...

Simon wyjechał po około siedmiu minutach. Zacząłem przygotowywać się do wyjazdu. Pamiętałem o wszystkim. Ponownie upewniłem się, że moje jajeczka są w bezpiecznej odległości od uprzęży. Zostawiłem też tabliczkę z linkiem do kanału YT ukrytą w karoseriach i zapiąłem przyrządy. Rzucenie się w otchłań było znacznie łatwiejsze niż na pierwszym poziomie. Teraz widziałem dno jakieś 2-3 m pode mną. Po raz kolejny wyrżnąłem w ścianę, ale nie aż tak mocno. Dałem chłopakom znak i rozpoczęli wyciąganie.

W momencie gdy wyciągarka ruszyła, zdałem sobie sprawę, że zapomniałem zawiesić plecak na uprzęży, jak sobie obiecałem już podczas zjazdu. Ciągle odciągał mnie od liny i przez to bolały mnie mięśnie brzucha i plecy. Wtedy naprawdę byłem zły, bo zamiast podziwiać szyb podczas jazdy do góry, spinałem wszystkie mięśnie.
Chciałem do góry.

Jeżeli chodzi o zabezpieczenie, to każdy z nas miał przyrząd, który w przypadku zerwania się liny na wyciągarce zatrzyma nas na drugiej, niezależnej i elastycznej linie (lina statyczna mogłaby szarpnięciem znacznie nas uszkodzić). I właśnie te dwie liny poplątały mi się w połowie drogi. Na szczęście na głębokości 40 m wszystko było łatwiejsze i udało mi się szybko rozwiązać ten problem. Wydawało mi się, że wyciąganie trwa w nieskończoność. Po raz kolejny totalnie przegapiłem poziom drugi. Cieszyłem się, że mamy wyciągarkę, bo wiedziałem, że nie byłbym w stanie wyjść o własnych siłach. Pojawiły się też przemyślenia o tych wszystkich przed nami, którzy małpowali ponad godzinę do góry, jak bardzo źli mogliby na nas być za ten pomysł. Nie patrzyłem pod siebie. Bo po co? I tak nic nie było widać. Obserwowałem za to szczyt szybu, który ciągle się do mnie przybliżał. Tak bardzo chciałem już odetchnąć pełną piersią, a ciągle nie mogłem, bo napinałem brzuch, próbując zrównoważyć masę plecaka. Pod koniec kolejny raz się zaplątałem, ale byłem już tak wysoko, że ekipa naziemna podpowiedziała mi jak się obracać, żeby się odkręcić. Dojechałem do końca.

Zieleń drzew, błękit nieba i śpiew ptaków brzmiały wspaniale. Nic tak pięknie nie wygląda jak przyroda po przebywaniu pod ziemią. Przypomina mi się, jak dobrze leżało mi się na trawie patrząc w niebo po 48 godzinach w podziemiach bunkrów MRU. Rozejrzałem się dookoła, licząc w myślach, że zobaczę Simona raczącego się wódką z leśniczym i rozmawiających o wspólnych biznesach, strzelając sobie wspólne selfie raz za razem. Ale leśniczego nie było, mandatu też. Dopytałem Kamila jak to było i odpowiedział: “Przejeżdżał obok łazikiem, zatrzymał się, zawrócił i podjechał. Z pewnością nie uwierzył mi w ani jedno słowo o geologach z uniwersytetu zbierających tu próbki skał. W ogóle był mną mało zainteresowany. Ciągle patrzył na wyciągarkę i robił jej zdjęcia. Zauważyłem jego zainteresowanie i polałem mu trochę wody na jej temat. Po chwili powiedział: wiem, że to nie wy rozwaliliście kłódkę, jakby co, to ja was nie widziałem. No i lepiej, żebym was tu jutro nie spotkał. Uważajcie na straż leśną, bo oni wam nie odpuszczą. A, no i zajebista wyciągarka, od lat namierzam tu ekipy, ale tak przygotowani jak wy, to nie był jeszcze nikt”.

Ulżyło mi, nie będzie trzeba się zrzucać 500 zł na lasy państwowe. W międzyczasie wypięli mnie z windy i pierwszą rzeczą jaką zrobiłem, było ucałowanie gleby. Gest głupi i płytki, ale tak bardzo mi wtedy potrzebny.

Po chwili wyjechał Krzysiek. Wszyscy we trzech byliśmy bezpieczni na powierzchni. Zbliżała się 18:00, więc zdążyliśmy jeszcze opuścić Kamila na samo dno i wyciągnąć - nieczęsto jest ku temu okazja, a i należało mu się, bo siedział sam pośrodku lasu przez 6 godzin i pilnował sprzętu i lin. Następnie pakowanie, ponad godzinne pchanie golfa z przyczepą pod błotnistą górkę i powrót do noclegowni. Jak oceniam wyjazd? Nie zrealizowałem nawet 30% swojego planu. A na dodatek drugi dzień eksploracji trzeba było odwołać. Zobaczyłem poziom 1 (najmniejszy) i połowę poziomu 3. A mimo wszystko byłem zadowolony. Udało mi się bezpiecznie wydostać, mam masę wspomnień, które zapamiętam do końca życia. Marzenie odznaczam jako częściowo zrealizowane. Na następny rok wystąpimy o oficjalną zgodę na eksplorację (eeee... to znaczy na zbieranie próbek skał i dokumentację geologiczną do pracy badawczej), wybierzemy się większą ekipą, wyposażeni w pontony i mierniki tlenu. Teraz już wiem, jak i na co się przygotować.

Dla zainteresowanych filmy z całego wyjazdu oraz fotograficzny przykład na to, na ile rzeczy trzeba uważać kręcąc filmy pod ziemią i jak niewiele potrafi spierniczyć cały materiał.

Dziękuję wszystkim za tak ciepłe przyjęcie, jako twórca artykułów. Pani od polskiego z pewnością by mi nie uwierzyła, bo ciągle stawiała mi tróje za prace pisemne, lepsze oceny dostawałem, jak prace poprawiała mama.

I dzisiaj, 15 lat później, ktoś ciągle musi je poprawiać i wygładzać. Serdeczne podziękowania dla Przemka Piotrowskiego, mojego kolegi i pisarza, który przystosował mój koślawy tekst do szerszej publiczności. Poznałem go po przeczytaniu jego debiutanckiej książki Kod Himmlera, która rozpoczyna się właśnie w podziemiach Riese. Niewiele myśląc, po przeczytaniu wysłałem mu zaproszenie na wyjazd do tychże podziemi. Tak mu się spodobało, że Kawiak Jones i jego podziemia wraz z islamskimi terrorystami wystąpią w jego nowej książce Radykalni Terror.
I właśnie o naszej wspólnej wyprawie będzie kolejny artykuł.

 

Artyluł opublikowany na portalu Joemonster dnia 18 września 2017r. link

Tagi

| projekt: reel-creative.com | realizacja: Bartłomiej Nowak |